Recenzje

niedziela, 28 kwietnia 2013

Kochani!

Po naszej ostatniej wizycie w restauracji Varoska przez dobry tydzień "chodziły" za nami jedynie gulasze. Z plackami ziemniaczanymi czy też kaszą - byleby tylko przypomnieć sobie ten smak. Tak, tak dobre gulasze serwują w Varosce i już na wstępie ostrzegam - jeśli się tam wybierzecie, wpadniecie na dobre. Dlatego też podczas naszego krótkiego pobytu w Polsce postaraliśmy się znaleźć chwilę aby najlepszą restaurację węgierską w Łodzi odwiedzić ponownie - tym razem z aparatem.

Z racji wczesnej pory naszej wizyty w Varosce było pusto. Pani Kelnerka podeszła do nas w ekspresowym tempie, powitała, zapaliła świeczkę oraz zostawiła karty. Drobnym mankamentem jest brak tak zwanego czekadełka, jednak po dokonaniu zamówienia Pani kelnerka pojawia się z dwoma kieliszkami do wina oraz ciekawie wyglądającą sporawą szklaną rurką wypełnioną winem. Szybkie oderwanie palca, chluśnięcie i wino ekspresowo pojawiło się w naszych kieliszkach. Duży plus dla Pani kelnerki za nierozlanie ani kropli. Nie jest to na pewno najbardziej higieniczny sposób serwowania trunku, jednak to trzeba przyznać wygląda dość efektownie.
Po chwili zastanowienia i rozwiania niektórych wątpliwości przez miłą Panią z obsługi wybraliśmy nasze dania i zajęliśmy się podziwianiem wnętrza.

Jasne, przytulne pomieszczenia wypełnione małej i średniej wielkości stolikami. Białe obrusy oraz drewniane krzesła nadają wnętrzu bardzo domowy charakter. Ściany ozdabiają obrazy, szable oraz...stare drewniane beczki. Przetykane na ceglanej ścianie w asyście delikatnie pokrytych kurzem butelek mają w sobie wiele uroku. W tle pobrzmiewa skoczna węgierska muzyka...

Po chwili ponownie pojawiła się Pani kelnerka tym razem niosąc w miedzianych kociołkach nasze zupy. Węgierska gulaszowa (Magyargulasz) zamówiona przez A. była wyśmienita. Zgodnie stwierdziliśmy, że najlepsza jaką kiedykolwiek jedliśmy. Sycąca i bardzo treściwa, pełna kawałków idealnie miękkiego mięsa. Moja zupa z dziczyzny (Zupa z dziczyzny ze Starego Sopranu) nie była może aż tak dobra jak gulaszowa, ale również nie żałowałam wyboru. Kilka rodzajów mięsa oraz grzyby okazały się tak sycące, że po chwili zaczęłam się zastanawiać gdzie ja zmieszczę drugie danie... 

Drugie dania, trzeba przyznać również do małych nie należały. Chwilę po zjedzeniu zupy przed moim nosem wylądowała porcja pieczeni z dzika (Pieczeń z dzika marynowana w winie i sosie własnym) z węgierskimi kluseczkami oraz osobno podana sałatka ogórkowo-paprykowa. Zaskoczeniem była dla mnie porcja konfitury żurawinowej, która przykrywała mojego dzika, jednak jak się okazało całość tworzyła przyjemną kompozycję smakową. Sam dzik był bardzo miękki, kluseczki delikatne i bardzo sypkie.

A. na drugie danie wybrał ten sam gulasz, który tak zasmakował mu podczas poprzedniej wizyty. I tym razem również się nie rozczarował. Gulasz z jelenia (Gulasz z jelenia w leśnej oprawie) w wyrazistym i pysznie kremowym sosie z kawałkami grzybów to dosłownie mistrzostwo świata. Do tego całkiem smaczne placki ziemniaczane również okraszone odrobiną żurawiny gwarantują uśmiech na twarzy faceta. Jedynym mankamentem całej tej przygody z kuchnią węgierską okazał się brak klimatyzacji (jest, niestety pozostała wyłączona) - pomimo nie aż tak wysokiej temperatury na zewnątrz (około 20 stopni) w środku było dość ciepło, a uczucie to potęgowały jedzone potrawy.

Przy proszeniu o rachunek (który, swoją stroną nie przyprawia o ból głowy) zapytałam Panią kelnerkę czy istnieje szansa na to, że Szef Kuchni, pan Paweł Wojciechowski organizuje jakieś warsztaty lub kursy kuchni węgierskiej. Niestety, jak się okazało mistrz swoją wiedzą się nie dzieli, a podniebienia klientów Varoski raczy pysznym węgierskim jedzeniem już od 13 lat.

Czy warto wybrać się do Varoski? Naszym zdaniem warto - i to bardzo. Jest to sympatyczne miejsce z doskonałym jedzeniem, które nadaje się zarówno na romantyczne kolacje we dwoje jak i biznesowe spotkania z gwarancją dobrego jedzenia.

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link
sobota, 05 stycznia 2013

Kochani!

The Mexican to często odwiedzane przez nas luźne miejsce na kulinarnej mapie łodzi. Sieć ma dość spory ogólnopolski zasięg - restauracje można znaleźć w Łodzi, Warszawie, Krakowie, Zakopanem, Wrocławiu, Poznaniu czy też Sopocie. My wybieramy zawsze Łódzki lokal mieszczący się w Manufakturze i jeszcze nigdy się nie zawiedliśmy.

Drzwi rodem z dzikiego zachodu zapraszają do ciekawie i nietuzinkowo urządzonej sali. Na środku sali delikatnie szumi fontanna, z sufitu zwisają ogromne recyklingowe (wykonane z pustych butelek po piwie) żyrandole oraz zdjęcia śmiałków, którzy zdecydowali się skusić na Margaritę Grande czyli podawany w wielkim kuflu alkoholowy drink. Proste drewniane meble wypełniają dwa piętra - stolików jest naprawdę sporo przez co też w trakcie gdy w restauracji jest komplet osób możemy czuć się odrobinę przytłoczeni. Po obu salach kręcą się kelnerzy oraz kelnerki ubrani w dość nietypowe stroje. Panowie w kowbojskim stylu, z kapeluszem na głowie i zabawkowym pistoletem w ręku z którego co jakiś czas pada strzał... Panie ubrane są raczej skromnie - na myśl przywodzą bardziej panie lekkich obyczajów niż kelnerki. Jednak pomimo całego tego dziwnego stroju obsługa jest zawsze nienagannie miła oraz pomocna - jest to ogromny plus "meksikany".

Na naszym stole lądują jak zwykle dwie karty oraz wizytówka z imieniem kelnera który będzie nas obsługiwał. Decydujemy się standardowo na dwie margarity do picia - egzotyczna dla A. oraz ananasowa dla mnie - od taki stały punkt każdej wizyty. Po chwili lądują one przed nami na wyściełanym papierowym obrusem stole (jest zapewne wiele plusów i minusów tego papierowego rozwiązania, jednak nie sposób spojrzeć na to również z punku widzenia oszczędności czasu i pieniędzy dla restauracji ale też i stwarzania niezobowiązującego klimatu dla gości) w towarzystwie ceramicznej miseczki z kukurydzianymi nachos i sosem paprykowo-pomidorowym. Po przejrzeniu kart decydujemy się za zupę i danie główne. Ogromnym plusem są niewygórowane ceny oraz wkładka z sezonowym menu. Składamy zamówienie i delikatnie delektujemy się owocowo-orzeźwiającym drinkiem.

Po krótkiej chwili dostajemy dwie parujące miseczki z zupą. Sopa Picante którą zamówił A. wygląda naprawdę apetycznie - gęsta czerwona zupa z wieprzowiny, pomidorów, papryki oraz fasoli, posypana świeżym szczypiorkiem jest naprawdę pożywna i pikantna - nawet zbyt pikantna jak dla mnie, jednak A. zjada ją ze smakiem. Sopa de Tortillas to z kolei rosołek pełen warzyw przykryty kilkoma nachosami z zapiekanym serem. Nie jest to jakoś szczególnie zachwycająca propozycja - pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że czuć w niej odrobinę zbyt dużo sztucznych dodatków i jest delikatnie zbyt słona.

Dania główne w The Mexican jak zawsze więcej niż zadowalają wielkością porcji. Miękka i dobrze doprawiona grillowana polędwica wieprzowa w towarzystwie frytek oraz sałatki i pikantnego sosu San Juan zamówiona przez A. jest naprawdę dobra. Delikatna, miękka i pożywna - można powiedzieć że porcja jest nawet odrobinę zbyt duża :). Ja wybrałam z kolei Burritos de Pollo w wersji łagodnej - tortillę pszenną rozmiaru xxl nadziewaną polędwicą drobiową i fasolą pinto podawaną z ryżem, surówką oraz trzema sosami kolorystycznie przypominającymi flagę meksyku. Tortilla jest naprawdę dobra - każdy sos w odrobinę inny sposób podkreśla jej smak. Surówka jest świeżutka a ryż fajnie sypki. Powoli zaczynam się czuć przejedzona...

Dla kogo wizyta w The Mexican? Dla każdego! Luźna atmosfera, smaczne jedzenie i pyszne drinki czyni z lokalu fajne miejsce na spotkanie z przyjaciółmi czy też niezobowiązującą kolację we dwoje. Nie poleciłabym lokalu jednak tym, którzy szukają sztywnej atmosfery i wyszukanej kuchni lub zabierają ukochaną na romantyczną kolację przy świecach. Zainteresowanych menu oraz szczegółami zapraszam na stronę restauracji.

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 października 2012

Kochani!

Wreszcie udało nam się dotrzeć do nowo otwartej w Dublinie restauracji Jamiego Olivera. Z drobnymi przygodami - zarezerwowałam stolik na tydzień wcześniej i... zupełnie zapomniałam o dacie! Święcie przekonana, że stolik mamy na tydzień później, trochę się zdziwiłam, gdy dostałam maila od restauracji z podziękowanie za wizytę (!) i prośbą o recenzję. Wybraliśmy się jednak z A. bez rezerwacji, z nadzieją że uda nam się dostać wolny stolik. Akurat mieliśmy szczęście- w restauracji pomimo ogromnego obłożenia znalazł się dla nas stolik...

Pierwsze wrażenie jest niezwykle miłe. Przy wejściu zostaliśmy powitani przez managera restauracji oraz panią, która szybko sprawdziła nam dostępność stolika i zaprowadziła na miejsce. Wnętrze restauracji jest bardzo bezpretensjonalne. Utrzymane w jasnych kolorach, z drewnianymi meblami oraz ciekawie prezentującymi się żyrandolami z miedzianym wnętrzem w różnych rozmiarach. Kuchnia znajduje się w tej samej przestrzeni co sala jadalna - oddzielona jedynie drewnianą półką na której znajdują się talerze, zioła oraz blatem na którym wydawane są potrawy. Dzięki temu w powietrzu co chwilę unosi się kolejny nieziemski zapach, a ty siedząc zastanawiasz się  czy "to już moje". Z drugiej strony tak bliska obecność kuchni, ciągłe krzyki kucharzy wzywających kelnerów po odbiór zamówienia i ciągły widoczny pośpiech sprawiają, że ciężko się u Jamie'go zrelaksować. Pasuje tu idealnie podsumowanie A. - "to takie połączenie restauracji z barem szybkiej obsługi...". Hmm zdecydowanie coś w tym jest, jednak zamiast pani Zosi krzyczącej, że można odebrać mielonego z ziemniakami na stole lądują smakowicie wyglądające potrawy z kuchni włoskiej.

Obsługa jest zdecydowanie ekspresowa. Kilka sekund po zajęciu miejsc naszym stole pojawiło się menu, a w niespełna minut później przydreptał kelner by przyjąć zamówienie. Dobrze, że przed wizytą w restauracji przejrzeliśmy menu na stronie www, dzięki temu mieliśmy już prawie gotową odpowiedź. Na szczęście po przyjęciu zamówienia kelner nie zniknął a szybko przyniósł nasze napoje, a później w kolejności przystawki i danie głównie - niezmiernie nas to ucieszyło, bo baliśmy się po cichu powtórki z wizyty w łódzkiej restauracji Magdy Gessler, gdzie kelner po przyjęciu zamówienia zniknął na ponad 50 minut, by po tym czasie pojawić się z naszymi przystawkami...
Jednak tu ogromny plus dla Jamie's Italian - pomimo ogromnego napięcia widocznego w kuchni i dużej ilości zamówień jedzenie jest podawane w ekspresowym tempie.

A jeśli już o jedzeniu mowa...Tu możecie podejrzeć sobie menu. Ja jako przystawkę wybrałam Italian Nachos - nadziewane serem smażone pierożki ravioli podawane z sosem arrabiata i posypane parmezanem. Był to zdecydowanie dobry wybór. Sos był mega pomidorowy z lekką nutką pikanterii, ravioli chrupkie, a do tego parmezan. Adam wybrał odrobinę gorzej - pokrojone na super cienkie plasterki salami z odrobiną trufli i pieprzu. Generalnie przystawki zaskoczyły nas pozytywnie a dodatkowe zapachy wydobywające się z kuchni przypominały jak bardzo jesteśmy głodni.

Niedługo po skończeniu przystawek na nasz stół zawitały tania główne. Stek z grzybami w towarzystwie czosnkowo-pietruszkowych frytek zamówiony przez A. oraz moja cielęcina podawana z pomidorową salsą oraz sałatka z gorgonzoli, gruszki oraz orzechów włoskich z mieszanką salat. I tutaj przeżyliśmy lekkie rozczarowanie. Porcje były zdecydowanie malutkie, moja cielęcina nie do końca rozpływała się w ustach,a stek A. był odrobinę gorzki. Całą sprawę ratowały dobre frytki, sałatka i super słodkie pomidory.

Czy do Jamiego warto się wybrać? O tym musicie zdecydować sami. Ja pomimo drobnych minusów wizyty nie żałuję, aczkolwiek uważam, że ceny są odrobinę za wysokie w stosunku do ilości jedzenia jakie trafia na talerz. Jednak z drugiej strony nie można odmówić Jamiemu stosowania wysokiej jakości produktów, co zdecydowanie za wpływ na cenę. Jamie's Italian nie nadaje się na romantyczny wieczór we dwoje, raczej szybki lunch lub kolację ze znajomymi.

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (4) »
czwartek, 23 sierpnia 2012

Kochani!

Moje zamiłowanie do sałatek jest zdecydowanie widoczne na blogu, nic więc dziwnego, że przechodząc obok półki z książkami kulinarnymi w mojej ulubionej księgarni od razu rzuciła mi się w oczy ta pozycja. "The Perfectly Tossed Salad" autorstwa mieszkającej w stanach autorki kulinarnej Mindy Fox. Jeśli więc znacie to uczucie, gdy macie ochotę coś zjeść, ale obiad wydaje się być zbyt duży i szukacie ciekawej i zdrowej propozycji na lunch zapraszam do lektury...

Pierwsze kilka stron książki jest poświęcone podstawom, które każdy twórca sałatek znać powinien. Przydatne narzędzia, grupy składników z jakich przyrządzamy sałatki, proces przygotowania czy doboru soli (!).  A następnie czeka nas już tylko morze sałat...
Autorka pokazuje swoje ulubione przepisy na sałatki :

  • proste typu wybierz i wymieszaj
  • z liśćmi
  • z jajkami, ziemniakami lub makaronem
  • fasolami, ziarnami i roślinami strączkowymi
  • rybą
  • drobiem i zwierzyną łowną
  • mięsem

Na końcu książki czeka na nas spis miejsc gdzie w stanach można dostać dobrej jakości składniki do sałatek oraz index alfabetyczny, który ułatwi nam wyszukiwanie sałatek po produktach w nich użytych.

Wszytko to wydane jest na dobrej jakości, matowym papierze. Sporym minusem jest fakt iż nie każdy przepis opatrzony jest zdjęciem. Zdecydowanie łatwiej zdobywają moje zaufanie książki w których zdjęciem został opatrzony każdy przepis. Jednak na szczęście fotografie wykonane przez Ellen Silverman, które mamy okazję w książce podziwiać również zachęcają i mają swój urok. Bardzo stonowane, wręcz ascetyczne ukazują sałatki jako niezobowiązujący posiłek dla każdego.

Jak do tej pory przetestowałam 2 pomysły na sałatki z tej książki i obie bardzo mi smakowały.

Jeśli macie ochotę zajrzeć do środka pozycji, zapraszam na Amazon tu oraz tu..

Tytuł: "The Perfectly Tossed Salad"
Autor: Mindy Fox
Wydawnictwo: Kyle Books
Oprawa: Miękka
Stron: 176
Cena: 22 Euro / 16 Funtów

Wydanie polskie na razie niedostępne....

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link
poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Kochani!

O książce tej było głośno przez jakiś czas, ja postanowiłam przebrnąć przez nią na spokojnie, bez medialnej otoczki. Często czytając coś po 2-3 razy, aby zapamiętać i zastanowić się czy dobrze rozumiem co autor miał na myśli. Talentu Helen odmówić nie można - robi piękne, klimatyczne zdjęcia które de facto ma się czasem ochotę zjeść. Czy podobnie jest z talentem pisarskim? Momentami odniosłam wrażenie, że autorka miała już dość ślęczenia przed komputerem i miała ochotę wrócić do aparatu. Ale, ale... o tym za chwilę...

Kiedy wydawnictwo Helion poinformowało na początku tego roku, że ma zamiar wydać książkę o fotografii kulinarnej napisanej przez blogerkę byłam wniebowzięta. Wreszcie coś o stylizacji jedzenia, które po stylizacji nadal jest jedzeniem! Do tej pory większość literatury jaką udało mi się znaleźć odkładałam po pierwszych zdaniach w których autor sugerował mi pryskanie jedzenia lakierem do włosów lub zastępowanie mleka farbą emulsyjną. Helen tego nie robi! Do odświeżania używa wody, podpowiada jak przechowywać zioła aby pozostały świeże, jak sprawić aby owoce nie zżółkły do sesji a upieczone ciasto wyglądało jak z obrazka. Najważniejsze dla mnie jest to, że po wszystkich zabiegach przez nią proponowanych jedzenie nadal jest jedzeniem!

Sama książka jest ładnie wydana na papierze dobrej jakości. Zdjęcia - tu sprawa jest oczywista - są niezwykle apetyczne, aż chce się ruszyć po aparat i zrobić takie samo. Każe z nich jest podpisane parametrami z jakimi zdjęcie zostało wykonane oraz nazwą obiektywu - Helen często sięga po Canon'owske macro 100mm L,  obiektyw który upodobało sobie wiele kulinarnych blogerek. Podział na działy:

  • Podstawy fotografii
  • Ustawienia i tryby działania aparatu fotograficznego
  • Fotografowanie w świetle naturalnym
  • Fotografowanie w świetle sztucznym
  • Kompozycja
  • Przygotowanie do sesji
  • Stylizacja
  • Postprodukcja
  • Dodatki

Ułatwia poruszanie się i odszukanie fragmentu który akurat chcielibyśmy sobie przypomnieć lub tematyki jaka nas interesuje.

Jednak musi być jakieś ale... W pierwszych kilku rozdziałach jest nudno - podstawy fotografii opisywane w każdej dostępnej książce i internecie zajmują aż 144 strony ze wszystkich 288, do tego dochodzą strony ze spisem treści, oraz dodatek. Jak dla mnie jest zdecydowanie za mało pisania o pasji oraz praktyce samej fotografii kulinarnej, a za dużo teorii, gdzie nikt już nic nowego nie odkryje. Czytając opisy zdjęć często również odnosiłam wrażenie, że autorka gdzieś się śpieszy... Często podkreśla to jak ważne jest zaaranżowanie sceny, dobranie odpowiednich akcesoriów oraz dekoracji. Z drugiej strony miałam ochotę krzyknąć, że chociaż na kilku zdjęciach mogłaby wyprasować obrus! Odniosłam wrażenie, że aby robić dobre zdjęcia kulinarne nie chodzi wcale o sprzęt fotograficzny jakim się posługujemy a o oświetlenie i akcesoria. I w tym wypadku jestem w stanie w pełni się zgodzić - nikt przecież nie jest w stanie wykreować rustykalnego klimatu na zdjęciach mając do dyspozycji jedynie białe, nowoczesne talerze. Przekładając kolejne karty książki docierało do mnie, że wiele z tych rzeczy robię, często bez zastanowienia. Buszuję po sklepach i targach staroci, taszczę do domu deski i farby, udaję się do pasmanterii po nowe materiały... Jednak zawsze czegoś mi brakuje!
Jakiś czas temu Dorota z bloga Moje Wypieki pokazała na Facebooku dwa zdjęcia jej autorstwa - jedno przed obróbką i drugie po. I o ile to przed było bez kontrastu, nie do końca ostre i pozbawione kolorów, to dla porównania zdjęcie po obróbce, takie jakie podziwiamy na jej blogu aż tryskało energią i krzyczało "zjedz mnie". Myślę, że właśnie tego głównie zabrakło mi w książce "Ujęcia ze smakiem" Na kartach książki przewijają się zdjęcia o cudownej kolorystyce, poprawnym kontraście. Szczególnie rozczarował mnie więc rozdział postprodukcja - część na którą liczyłam najbardziej okazała się niczym więcej jak poradnikiem o przechowywaniu zdjęć i małym przeglądem popularnych programów do obróbki grafiki. Spodziewałam się czegoś innego - kilku chociażby zdjęć na których Helen pokazałaby jak faktycznie wygląda jej zdjęcie przed i zdjęcie po. Co robić, czego unikać... Przecież podstawowe funkcje programów graficznych są takie same.  Fajnym dodatkiem byłaby pewnie płyta na której autorka mogłaby pokazać kilka sztuczek.

Jednak pomimo tych moich narzekań i kilku minusów książkę z czystym sumieniem mogę polecić. Szczególnie początkującym blogerom oraz osobom które zastanawiają się co takiego robią inni i co sprawia, że ich zdjęcia nie wyglądają tak apetycznie.

Wydanie Polskie:
Tytuł: Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań
Autor: Helen Dujardin
Wydawnictwo: Helion
Ilość stron: 288
Rok wydania: 2012
Oprawa: Miękka
Cena: 59 PLN

Wydanie Anglojęzyczne:
Tytuł: Plate to Pixel. Digital food photography and styling.
Autor: Helen Dujardin
Wydawnictwo: Wiley
Ilość stron: 288
Rok wydania: 2011
Oprawa: Miękka
Cena: 29.99$

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 lipca 2012

Kochani!

Jeśli zastanawialiście się kiedyś nad tym jak wyglądają Indie widziane oczyma ludzi tam mieszkających, co w Indiach przyciąga a co odpycha i dlaczego jedzenie hindusów potrafi być smaczne choć przyrządzone dosłownie z niczego polecam wam sięgnąć po książkę "Sekretna córka" autorstwa Shilpi Smaya'i Gowdy. 

Autorka książki to urodzona w Toronto, a mieszkająca w Kaliforni córka imigrantów z Bombaju. Do napisania książki zainspirowała ją praca wolontariuszki w indyjskim sierocińcu. Aktualnie Shilpi pracuje nad kolejną powieścią. 

Trzeba przyznać, że "Sekretna córka" jest książką niezwykłą. Zaskakująco łączy losy dwóch rodzin - Kavity oraz Jasu, biednych mieszkańców Indii oraz Somer i Krisa, bezdzietnych lekarzy, którzy rozwiązanie swoich problemów odnajdują w bombajskim sierocińcu. 

Kiedy Kavita rodzi swoje pierwsze dziecko, nawet nie ma okazji przytulić go do serca... W drugiej ciąży będąc świadoma tego, że gdy ponownie nie urodzi chłopca, kolejna córka zostanie jej odebrana - jej męża i jej nie stać na wychowanie dziewczynki, której w Indiach należy zapewnić ogromny posag - inaczej pozostanie ona bez szans na małżeństwo. Kavita, będąc w ciężkich bólach poporodowych decyduje się na pieszą, niebezpieczną wyprawę z jej wsi do Bombaju, aby bez wiedzy męża i reszty rodziny oddać tam swoją świeżo narodzoną córeczkę - Ushę. Zostawia jej na pamiątkę to co miała najcenniejszego - małą srebrną bransoletkę na kostkę.

W tym samym czasie w drugiej stronie globu, w ciepłej Kaliforni Somer po raz kolejny doświadcza bólu poronienia. Jej starania o dziecko są z każdą chwilą bardziej bolesne i zabijają jej małżeństwo i wiarę w siebie. Pewnego dnia teściowa Somer, bogata mieszkanka Bombaju proponuje aby Somer i Kris adoptowali dziecko z Indyjskiego sierocińca. Po wielu chwilach przemyśleń Somer i Kris wyruszają w podróż do Indii która obdaruje ich dziewczynką o niezwykłym spojrzeniu - Ashą. 

Tak odległe historie obu rodzin - jednej uporządkowanej, żyjącej w bladym, wypranym świecie zachodu oraz pełnej kolorów, choć biednej rodziny z Indii przeplatają się za sprawą jednej, lecz niezwykłej dziewczynki - Ashy, która wyrusza do Indii, na staż dziennikarski a także aby odnaleźć tę kobietę która dała jej życie i małą srebrną bransoletkę...

Książkę czyta się niezwykle szybko, słowa same wyskakują z kartek a czytelnik szuka zakończenia historii. Wśród tych słów wiele jest i Indyjskiego jedzenia. Jest ono niezwykłym, nieodłącznym elementem tamtejszej kultury, scala się z nią, jednoczy i jest nierozłączne. Pikantne przyprawy mieszają się razem z kurzem Bombaju zapewniając czytelnikowi wysmakowaną propozycję. 

"Czwartego dnia, gdzieś pomiędzy sprzedawcami zachwalającymi grillowaną kukurydzę a straganiarzami oferującymi świeże, rozkrawane maczetą kokosy, dadima opowiedziała jej historię o teściowej."

"Indyjska herbata niespecjalnie przypadła jej do gustu, zdawała się zbyt słodka i ciężka. Jednak w ćaj jej babki jest to coś. Kardamon i świeża mięta czynią z niej wspaniały napój na początek dnia."

"Wędrują po powoli budzącym się do nocnego życia nabrzeżu i w jednym ze stoisk Sanjay zamawia dwie porcje bhel-puri. Jedzą na stojąco, obserwując zmieniający się nastrój plaży Chowpatty."

"- Devesh, przynieś limbu pani! - woła przez ramię do kuchni dadima
Devesh pojawia się ze szklanką chłodnego, świeżo wyciśniętego soki z limonki z cukrem trzcinowym i stawia go na stoliku przed mamą Ashy."

"Ostre danie? ... Dopiero batata pakora jego matki - plasterki podgotowanych ziemniaków, obtoczonych w pikantnej panierce i usmażonych na złoto w głębokim tłuszczu z zielonymi papryczkami - zasługiwały na to miano."

"Każdego roku na Diwali jego matka i ciotki gotują potrawy z kilkudniowym wyprzedzeniem - lekkie i puszyste placki z ciecierzycy, zanurzone w gęstym kokosowym sosie, wegetariańskie curry i łagodnie doprawiony dal. Wszystkie warzywa są starannie wybierane w sabzi-wali, zaś wszystkie przyprawy własnoręcznie prażone, ucierane i mieszane. Cierpki kremowy jogurt domowej roboty i składane placuszki parata prosto z ognia! Kobiety spędzają w kuchni długie godziny, plotkując i żartując, umilając sobie czas przy obieraniu, krojeniu gotowaniu i smażeniu warzyw na ucztę dla ponad dwudziestu osób."

Wydanie Polskie:
Tytuł: Sekretna córka
Autor: Shilpi Somaya Gowda
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 408
Rok wydania: 2011
Oprawa: Miękka
Cena: 34 PLN

Wydanie Anglojęzyczne:
Tytuł: Secret Daughter
Autor: Shilpi Somaya Gowda
Wydawnictwo: William Morrow Paperbacks
Ilość stron: 368
Rok wydania: 2011 (reprint)
Oprawa: Twarda/Miękka
Cena: 16,70$ / 13,99$

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
10:31, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (2) »
środa, 27 czerwca 2012

Kochani!

Irlandzcy kibice zawojowali serca Polaków podczas tegorocznych mistrzostw Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Z tego co obija mi się o uszy nie jesteśmy w tym odczuciu osamotnieni i Irlandczycy z czułością w głosie wspominają Polskę i planują tu wrócić - dla krajobrazów, ludzi i jedzenia. A jeśli i Wy macie ochotę przenieść swoje kubki smakowe na chwilę na Zieloną Wyspę, tak książka uczyni to zadanie zdecydowanie prostszym i tańszym do wykonania.

Darina Allen to bardzo znana postać irlandzkiego świata kulinarnego. Autorka wielu książek kulinarnych, doskonały szef kuchni, właścicielka jednej z lepszych restauracji i szkół kulinarnych w Irlandii - Ballymaloe Castle, ale przede wszystkim niezwykle ciepła osoba. Widać to w jej mimice, słowach, pasji. Darina całym sercem oddaje się gotowaniu i tradycji. Ze zwykłych rzeczy uczyniła swoją pasję i zaraża nią cały świat.

Książka "Irish Traditional Cooking" doczekała się kilku reedycji, nowych okładek i poprawek kosmetycznych. W moim posiadaniu jest wersja najnowsza, co wcale nie przeszkadza temu aby otwierając karty książki przenieść się na chwilę na irlandzką wieś, wsłuchać w beczenie owiec, zjeść jeżyny rosnące przy drodze czy poszukać "muszli" po odpływie.Nie jest to może tom szczególnie bogaty w zdjęcia kulinarne, nie znajdziecie tu typowego "porn food" - jednak ma to swój urok. Prezentowane fotografie są niesamowicie ciepłe, rustykalne i klimatyczne. A dobra jakość papieru na jakim wydrukowano książkę dodatkowo zachęca po sięgnięcie na półkę.

Darina zaczyna swoją opowieść od historii, bo przecież to właśnie ona przez setki lat kształtuje zwyczaje kulinarne kraju. Opowiada jak koleje losu wielu irlandzkich pokoleń wpłynęły na upodobania smakowe jej rodaków. Opowiada przy tym o swoim szczęśliwym dzieciństwie spędzonym na sielskiej irlandzkiej wsi, o wspomnieniach ludzi których znała i historiach które słyszała. Wiele przepisów w książce posiada swoją historię, czy to samego powstania dania czy też dotyczącą okazji w jakich było lub jest serwowane.

Aby ułatwić znalezienie czytelnikowi konkretnego przepisu wśród ponad 300 receptur zawartych w książce, jest ona podzielona na pomocne rozdziały.

  • Słowo Wstępu
  • Wprowadzenie
  • Historia jedzenia w Irlandii
  • Irlandzkie manuskrypty kulinarne
  • Rosoły i Zupy
  • Jajka
  • Ryby
  • Gra (Polowanie)
  • Drób
  • Baranina
  • Wołowina
  • Wieprzowina
  • Podroby
  • Ziemniaki
  • Warzywa
  • Leśne jedzenie
  • Desery
  • Chleby i Naleśniki
  • Produkty mleczne
  • Owies i inne zboża
  • Ciasta i Herbatniki
  • Napoje i Przetwory
  • Indeks
  • Bibliografia
  • Podziękowania

Tak jak widzicie tematyka książki jest dość obszerna i dokładnie podzielona co zdecydowanie ułatwia znalezienie poszukiwanego przepisu. Wiele przepisów pochodzi z zapisków zwykłych ludzi, część z nich jest autorstwa samej Dariny.

Jeśli więc macie zamiar zainteresować się kuchnią Zielonej Wyspy nieco bardziej i akurat szukacie "drobnej" pomocy naukowej warto zwrócić uwagę na tę książkę.

Niestety ogromnym minusem jest fakt iż książka dostępna jest jedynie w języku angielskim.

Strona internetowa autorki znajduje się tutaj.

Książka na Amazon.com

Tytuł: "Irish Traditional Cooking"
Autor: Darina Allen
Wydawnictwo: Gill & Macmillan
Oprawa: Twarda
Stron: 336
Cena: 35 Dolarów/ 28 Euro/ 25 Funtów

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:00, od-kuchni , Recenzje
Link
środa, 18 kwietnia 2012

Kochani!

 Na pewno nie jednej/jednemu z Was przebywanie kuchni, dobieranie składników, mieszanie smaków czy oczekiwanie na gotowe dzieło sprawia wiele radości. Wyobraźcie więc sobie, że tej radości nie znacie bo kuchnia nigdy nie była Waszym ulubionym placem zabaw, aż tu nagle, całkiem niespodziewanie uświadamiacie sobie, tak naprawę nic radości Wam nie sprawia. Budzicie się w środku nocy, i nagle jest Wam smutno, chronicznie smutno, miewacie myśli samobójcze, brak Wam motywacji, iskry życia, zmagacie się z tak zwanym załamaniem nerwowym...  Na szczęście nagle znajdujecie mały promyk słońca na świecie - pieczenie ciast. Zawsze uważałam, że jest w tym jakaś magia jednak Marian Keyes, autorka książki "Saved by Cake" znalazła w tym także szczęście i sposób na powrót do swojego świata. A także sposób na napisanie kolejnej książki...

Marian nie jest znanym szefem kuchni czy też cukiernikiem, jednak jest kimś znanym - głównie z pisania powieści dla kobiet - dlatego też książka którą nam oferuje nie zawiera przepisu na wymyślne, niespotykane ciasta. Jest to propozycja skierowana raczej dla osób początkujących oraz średnio zaawansowanych w pieczeniu. Marian doradza jakie podstawowe wyposażenie kuchni potrzebne jest nam do upieczenia ciasta, jak wyglądają podstawowe techniki używane do pieczenia, zdradza również jak upiec ponad 80 przepysznych słodkości.

Książka jest ładnie wydana, utrzymana w pastelowych barwach, wypełniona przepisami na słodkości które odnajdziecie w poszczególnych rozdziałach: Klasyka, Cupcakes, Serniki, Ciasta na bazie smakowych płynów, Ciasta kruche, Makaroniki, Herbatniki i Ciasteczka, Owocowe i Warzywne, Czekolada. Każdy z przepisów jest opatrzony ciekawym wstępem (po części możecie się poczuć jakbyście czytali czyjś blog), w którym często można przeczytać skąd pochodzi przepis na ciasto lub w jakich okolicznościach powstało.

Czy książkę warto kupić? Na to musicie zdecydować się sami, aczkolwiek jeśli szukacie książki kulinarnej z historią, przesłanie, lub może sami szukacie sposobu aby znaleźć swoje szczęście Warto sięgnąć po tą pozycję.

Strona internetowa autorki znajduje się tutaj

Książka na Amazon.com

Tytuł: "Saved by Cake"
Autor: Marian Keyes
Wydawnictwo: Michael Joseph
Oprawa: Twarda
Stron: 232
Cena: 23 Euro / 17 Funtów

Wydanie polskie na razie niedostępne....

Do napisania!
B

 

Tagi: recenzje
00:01, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Kochani!

Co byście zrobili gdyby nagle, w czasie gdy nie za bardzo macie gdzie mieszkać, Wasze zarobki nie wystarczają nawet na zakup ciepłego płaszcza na zimę, a rodzice nie do końca akceptują Wasz związek z ukochaną osobą dostali niezwykły spadek od bardzo dalekiego krewnego w postaci starej tawerny? Domyślam się, że tak jak Jack i Lily - bohaterowie książki "Tawerna przy Klonowej" nie moglibyście uwierzyć we własne szczęście w nieszczęściu. Jednak po latach spędzonych w ich małym niebie Beaumontowie muszą poradzić sobie z kolejnym dość nieoczekiwanym problemem. Z bezdusznego Dublina do Belfastu przybywa deweloper ze swoim demonicznym planem wyburzenia tawerny oraz sporej części dość zabytkowej okolicy, władze miasta zachęcone rozwojem okolicy przyklaskują z radością temu szalonemu pomysłowi, a odrobinę oderwane od rzeczywistości małżeństwo Beaumont musi podjąć jedną z ważniejszych w swoim życiu decyzji...

I tak też jesteśmy świadkami próby ratowania tawerny od wyburzenia za pomocą zatrudnienia 4 kelnerek (które same okazują się często ratunku potrzebować), 2 odzianych w obcisłe skórzane spodnie gitarzystów, zmianę wizerunku i oczywiście menu... Lily niewątpliwie potrafi wyczarować magicznie potrawy w wiekowym piecyku. Jej warzywne tarty, strudle oraz wszelakiego rodzaju sałaty znikają w mgnieniu oka. Tortille nadziewane indykiem są hitem zimnego bufetu a nowoczesne koktajle serwowane przez kelnerki przyciągają tłumy do spokojnego do tej pory baru... Czy jednak to wystarczy do uratowania ukochanej zabytkowej tawerny przy Klonowej?

Tawerna przy Klonowej (Tavern on Maple Street) autorstwa Sharon Owens to niezwykle ciepła opowieść rozgrywająca się w deszczowym irlandzkim Belfaście. Pozwala na chwilę oderwać się od codzienności i spojrzeć na życie z perspektywy ludzi którzy tym życiem cieszyć się potrafią. Na swój spokojny, irlandzki sposób zaszywając się w swoim przytulnym domu wypełnionym ciepłem z kochających serc oraz opalanego torfem kominka. Pozwala poczuć zapach prawdziwego angielskiego puddingu przygotowanego na święta, gorącego indyka polanego żurawinowym sosem czy też domowego chleba.

 

Sharon Owens zdecydowanie napisała książkę z jedzeniem w tle wartą polecenia osobie która nawet wiosną lubi poczuć magiczną atmosferę Świąt.

Wydanie Polskie:
Tutuł: Tawerna przy Klonowej
Wydawnictwo: Książnica
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2008

Wydanie Anglojęzyczne:
Tutuł: Tavern on Maple Street
Wydawnictwo: Putnam Adults
Ilość Stron: 336
Rok wydania: 2006

 

Do napisania!
B

Tagi: recenzje
00:01, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (2) »
piątek, 06 stycznia 2012

Kochani!

Powroty z urlopów to sprawa ciężka, szczególnie tych Świątecznych. Najedzeni do granic możliwości, rozleniwieni miłym czasem spędzanym z rodziną musimy wrócić do rzeczywistości. A rzeczywistość przeraża - waga pokazuje kosmiczne wartości, pogoda za oknem nastraja depresyjnie (no gdzie się podział śnieg tej zimy, ja się pytam?!), kalendarz beznamiętnie pokazuje datę powrotu do pracy...Ale, ale nie piszę tego po to aby marudzić - co to to nie! Na kalendarz rady nie mam, jednak książka "Zupy. Ponad 100 przepisów na smaczne, inspirujące zupy" autorstwa Annie Bell zainteresuje zarówno osoby planujące dietę jak i szukające sposobu na poprawę nastroju.

Książka podzielona jest na 6 działów tematycznych. Odwiedzając każdy z nich możecie poczuć się jakbyście przestępowali próg sklepu z minionej epoki. Wycieczka obejmuje kolejno: sklep warzywny, sklep z nabiałem, rybny, mięsny, spożywczy oraz piekarnia. Klasyczne połączenia lub innowacyjne dodatki sprawiają, że na każdej stronie znajdziecie inspirację na pyszny posiłek. Bo niektóre zupy prezentowane przez Annie spokojnie za taki posiłek mogłyby uchodzić!

Jednak poza fantastycznymi przepisami (które na pewno przetestuję w najbliższym czasie), w książkach kulinarnych ważna jest dla mnie jedna rzecz - zdjęcia! A te są zdecydowanie fantastyczne! Zupa to chyba jedna z potraw zdecydowanie mocno trudnych do fotografowania - jeśli więc brakuje Wam pomysłów na to jak przedstawić Wasze zupy na zdjęciach zdecydowanie zajrzyjcie do tej książki.

Tytuł: "Zupy. Ponad 100 przepisów na smaczne, inspirujące zupy"
Autor: Annie Bell
Wydawnictwo: G+J
Oprawa: Miękka
Stron: 176
Cena: 39,90

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości magazynu "Polska Gotuje"

Do napisania!
B

 

Tagi: recenzje
18:59, od-kuchni , Recenzje
Link Komentarze (5) »




BLOG W 5 TRENDACH - Zagłosuj

Ebook Wielkanoc 2013




Akcja Kuchnie Świata...od-kuchni informacje, instrukcje, podsumowania


Durszlak.pl Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
Wykrywacz smaku - www.wykrywacz-smaku.pl - moja galeria Top Blogi Blogroll.pl - katalog blogów Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...